środa, 21 sierpnia 2013
Bez zbędnego gadania..

... zapraszam wszystkich na gorące muffiny z serem :)
Fotorelacja ze wszystkich etapów ich powstawania, niech będzie że się chwalę :P ;)

07:39, miekkie.kapcie , Kulinarnie
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 15 lipca 2013
Tarta z malinami..

.. popełniona :) Najpierw, dla chętnych - przepis z którego korzystałam ;)

A teraz proszę się częstować! :D

17:17, miekkie.kapcie , Kulinarnie
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 lipca 2013
Przepis na lawendowe ciastka..

Bardzo mi miło, że moje ciasteczka Wam się podobały!! :) Oczywiście, z przyjemnością podzielę się z Wami przepisem! Ja w zasadzie wyszukując przepisu w sieci zdecydowałam się na jeden ale w efekcie końcowym i tak się okazało że musiałam go lekko zmodyfikować bo ciasto wyszło mi zbyt kruche ...
Ja zrobiłam dokładnie tak:

- 500g mąki pszennej
- 200g mąki ziemniaczanej
- 200g miękkiego masła
- 1 jajko
- 3/4 szklanki cukru
- 1 cukier wanilinowy
- 2 łyżki gęstej śmietany (najpierw dałam jedną, ale szybko wrzuciłam drugą i ciasto od razu zrobiło się lepsze)
- 3 łyżeczki świeżej lawendy (lub 2 suszonej) - ja miałam wtedy jeszcze tylko świeżą :)
- otarta skórka z jednej cytryny

Najpierw utarłam masło z cukrem i cukrem wanilinowym. Do tej masy dodałam jajko, śmietanę i skórkę z cytryny. W osobnej misce wymieszałam obie mąki wraz z lawendą a następnie powoli dodawałam ją do masy ciągle mieszając. Podzieliłam ciasto na dwie części, zawinęłam je w folię spożywczą i wrzuciłam na pół godziny do zamrażalki. Potem niby powinno się je wałkować i wykrawać kółka czy inne kształty ale ja formowałam je ręcami ;P Po pierwsze dlatego że nie mam tu wałka (został w Łodzi, dopiero przywiozę) a po drugie dlatego że taka nierówność nadaje im dodatkowego uroku ;)
Piekłam około 15 minut na trzech poziomach piekarnika (z termoobiegiem) w temperaturze 170'C. Studziłam na kratce :)
Resztę już znacie :D

Jutro mam w planach tartę z malinami, jak się uda to też Wam pokażę ;)

A ciasteczka lawendowe piec będę jeszcze koło piątku.. chciałabym kilka ich zabrać z sobą do Polski bo akurat wybieramy się na kilka dni.. :) Tylko tym razem użyję suszonej lawendy - właśnie nad nią pracuję co widać na zdjęciach niżej ;)

11:42, miekkie.kapcie , Kulinarnie
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 lipca 2013
Z lawendą za pan brat! ...

.. trzeba być również w kuchni! U mnie lawenda to w tym roku coś więcej niż tylko woreczki w szafie.. :) Próbowaliście jej smak..? W syropie, w cukrze albo na przykład w ciastkach? ;) Absolutnie obłędny! - zwłaszcza w ciastkach :) Upiekłam przedwczoraj a dziś już śladu nie ma.. ;)

Został mi na szczęście jeszcze cukier.. ale to pewnie tylko dlatego że gotowy będzie dopiero za około 2 tygodnie.. Podobno jest wyśmienity jako dodatek do wypieków albo nawet tak po prostu - do słodzenia kawy czy herbaty :) No zobaczymy...

Dziękuję Wam za odwiedziny :* Cudownie wiedzieć że jest dokąd wracać... ;) Przesyłam Wam wszystkich gorące lawendowe uściski!!! :D

21:17, miekkie.kapcie , Kulinarnie
Link Komentarze (7) »
niedziela, 22 stycznia 2012
Bezy.. i gołąb

.. dawno miałam ochotę je zrobić, ale tyle się naczytałam o tym jakie są trudne i "niewdzięczne" że w końcu ciągle je odkładałam na "innym razem". A teraz, kiedy to wkrótce przyjdzie mi się pożegnać z piekarnikiem, staram się wykorzystać go na maksa! No i na bezy przyszedł czas! Ubiłam białka.. elegancko na blasze piankowe ciapciaki umieściłam (a bo szprycy odpowiedniej nie mam) i siup - do pieca :) Oczywiście, fotorelacja:

Jakie wyszły? Niestety nie tak śnieżnobiałe jak te z naszych cukierni.. Jednak w smaku - chrupiące, rozpływające się, słodziutkie. Z delikatną skorupką. Pyszne :) I wcale nie są takie "niewdzięczne", a już na pewno nie trudne! Ubić białko potrafi każde z nas!! Potem tylko trzeba uzbroić się w cierpliwość bo bezy suszą się w piekarniku naprawdę długo.. ale myślę, że są warte czekania! :)

Ech, a u nas wciąż "wyprowadzkowo". Dziękuję Wam za życzenia powodzenia :) Z pakowaniem to już zdecydowana końcówka. Mieszkamy jeszcze do końca miesiąca.. Na szczęście bałagan związany z pakowaniem i porządkowaniem całego naszego dorobku opanowaliśmy :) Teraz pozostaje nam tylko zawieźć Trusię do tymczasowych opiekunów (na szczęście to bliska rodzina więc się nie martwimy za bardzo).. no i oficjalnie już będzie można otworzyć nowy rozdział.. Trochę się denerwuję, mam nadzieję że wykonujemy właściwy ruch i że jakoś nam się poukłada.. Po Trusię wracamy jak szybko się da - każda nasza rozłąka nas boli.. :( Jak tylko ogarniemy się w nowym miejscu, zorganizujemy.. natychmiast chcemy ją zabrać z powrotem do siebie!! Chociaż niektórzy uważają, że wywożenie królika za granicę to nie jest dobry pomysł.. Ja jednak nie wyobrażam sobie żeby Trusi nie było z nami.. nie wiadomo ile jej zostało jeszcze dni, miesięcy, lat.. nie wyobrażam sobie żeby miało nas przy niej nie być! I koniec kropka :P :) Ale to takie moje małe, osobiste uzewnętrznienie..

Biegam teraz z aparatem i staram się uwiecznić etapy tego całego pakowania i opróżniania.. Fotografuję wszystko. Pudła, ściany, meble.. widok z okna.. wszystko! Spędziliśmy w tym mieszkaniu prawie 5 lat.. mnóstwo wspomnień, małych i większych chwil radosnych i czasem smutnych.. jak to w życiu. Trochę żal odchodzić.. Zdjęcia pozwolą mi czasem w przyszłości wrócić do tego miejsca.. :) Wczoraj zawitał do nas gołąb.. pewnie jeden z tych, które latem się wykluły na balkonie obok :P Przylatują teraz czasem i siadają nam na barierce.. do niedawna przeganialiśmy bo przecież sprzątania po gołębiach co nie miara! .. ale ostatnio im odpuszczamy ;) Skoro chcą się pożegnać.. :) No i mamy takiego właśnie jednego - ulubionego. Nie wiem jak to się stało, że od wakacji nie nadaliśmy mu jeszcze imienia, hehe :P W ogóle się nas nie boi.. możemy podejść do niego naprawdę blisko a on wciąż siedzi.. nie płoszy się i nie ucieka. Chyba chcę wierzyć, że on naprawdę chce się pożegnać.. ;)

 

 

 

Wiem co myślicie - gołąb jak gołąb.. i pewnie macie rację ;) Nie jest ani wyjątkowo urodziwy (o ile w ogóle można mówić o urodzie w kontekście gołębi :P) ani jakoś szczególnie nadzwyczajny.. ot, zwykły taki szary ptaszor zostawiający wizytówki w postaci wiadomo czego ;) Ale jestem pewna, że za jakiś czas na wspomnienie o nim będę się pod nosem uśmiechała :) Tak jak teraz uśmiecham się na wspomnienie kota, który odwiedzał nasz balkon w naszym poprzednim mieszkaniu :P Nawet gdzieś go mam na zdjęciu.. wtedy jeszcze telefonem go uwieczniałam :) Ha.. i właśnie sobie uświadomiłam, że my właściwie zawsze mieliśmy balkonowych gości! .. Może jednak dobrzy z nas ludzie są, skoro zwierzęta tak do nas lgną..? ;) Hihi, a to znowu taka moja osobista dygresja ;P

No a robótkowo niestety nadal nic się u mnie nie dzieje.. Zakładka, którą zaczęłam na początku miesiąca (roku) leży sobie niedokończona w pudełku i czeka.. Ale chyba trochę poczeka, bo tak naprawdę straciłam całe uczucie do niej. Nie wiem.. odpłynęło. Jestem pewna, że wróci.. ale nie wiem czy prędko :P Czuję, że pospieszyłam się z wyborem tego haftu.. choć jest mały to wcale nie znaczy że jest łatwy i szybciutki. Jest mnóstwo pół krzyżyków, ćwierć krzyżyków i niezliczona ilość morderczych backstitch'y które skutecznie mnie odstraszyły. Do tego kolory, które dobrałam wcale mi się nie podobają.. No cóż, może to po prostu nie jest dobry moment na haftowanki..? Chociaż oczywiście moje wszystkie mulinki i kanwy i wszelkie niezbędne akcesoria mam wciąż pod ręką! A także całą głowę pomysłów i kilka wydrukowanych wzorów :P Kiedy natomiast będę miała chwilę na to by złapać za igłę..? Tego to nawet najstarsi górale chyba nie wiedzą... ;)

A to na koniec pochwalę się Wam jeszcze, że moja praca w konkursie, o którym pisałam TU zajęła bardzo wysokie, czwarte miejsce!! :) Jestem przeszczęśliwa i wszystkim, którzy oddali głos na moją reniferkową zawieszkę - serdecznie dziękuję!!!

03:45, miekkie.kapcie , Kulinarnie
Link Komentarze (3) »
środa, 30 listopada 2011
Parówki w cieście..

Choć za parówkami samymi w sobie w zasadzie nie przepadam to daję się od czasu do czasu namówić na zrobienie jakichś takich w cieście.. Bo takie w cieście (czy to francuskim czy drożdżowym) to jeszcze jeszcze jakoś przełknę..  A Luby to takie luuubi, a jaaakże :) No i właśnie przypomniało mu się dziś (a właściwie już wczoraj), że dawno takich parówek u nas nie było i może bym poczyniła na kolacją na przykład ;P
No więc poczyniłam parówy. W cieście drożdżowym. Bo skoro prosił tak ładnie to jak tu odmówić.. ;) A właściwie to poczyniliśmy, bo wspólnie :D

Najpierw Luby wyrobił ciasto (tak tak, do wyrabiania ciast wszelakich to mam pomocnika) :) Ciasto najzwyklejsze.. z drożdży (suchych dodałam, ale mokre też mogą być), wody, szczypty soli i odrobiną oleju..

Ciasto takie wyrobione nakryliśmy ręcznikiem i odstawiliśmy na pół godziny do wyrośnięcia.. W tym czasie pokroiłam cebulę, wyjęłam z zamrażalnika trochę kurek tegorocznych (ach, ach) i obsmażyłam to elegancko na patelni podsypując delikatnie odrobiną pietruszki i koperku. Ale tak delikatnie, coby Luby nie krzyczał, że za dużo zielonego wrzucam, a fe :P

Podsmażoną cebulkę z tymi cudnie pachnącymi kurkami przełożyłam do miseczki i zajęłam się przygotowywaniem dalszych "elementów nadzienia" tj. żółtym serkiem, papryką (tą też miałam zamrożoną) a także wiadomo, składnika najważniejszego - parówów :)

W tym czasie ciasto sobie urosło.. :)

... można zatem rozpocząć wałkowanie i nadziewanie :D Kładziemy parówę, obok troszkę cebulki, kawałek papryki i żółtego serka..

Całość pięknie zawijamy i układamy na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce :) Czynność powtarzamy do skończenia się ciasta lub miejsca na blaszce :P Całość następnie smarujemy rozbełtanym żółtkiem oczywiście :)

No i do pieca :) Pieczemy ok. 20-25 minut w temperaturze 180 stopni z włączonym termoobiegiem. W tym czasie można pozmywać gary lub usiąść przed piekarnikiem i patrzeć jak bułeczki pulchnieją.. :) Ja zdążyłam zrobić jedno i drugie hehe ;D

No i gotowe, po 20 minutach można zajadać :) Smacznego :D

00:55, miekkie.kapcie , Kulinarnie
Link Komentarze (6) »
środa, 28 września 2011
Szybkie ciacha..

.. popełniłam dziś :) Są nie tylko szybkie ale też smaczne i niedrogie ;P

Składniki na 15 sztuk:
- opakowanie świeżego ciasta francuskiego (może być mrożone)
- 1 żółtko
- 1 opakowanie cukru waniliowego
- 1/2 kg śliwek
- 1 łyżka cukru
- szczypta cynamonu

Śliwki oczywiście myjemy i wyjmujemy z nich pestki. Ciasto kroimy na kwadraty mniej więcej 8cm x 8cm i na każdym układamy śliwkę wypukłą stroną do dołu..

Owoce posypujemy cukrem waniliowym a następnie rogi ciasta zawijamy do środka lekko dociskając.. o tak:

Wierzch ciastek smarujemy rozmąconym żółtkiem i posypujemy cukrem wymieszanym z cynamonem..

Tak przygotowane ciacha wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy ok.20 minut w temperaturze 220'C.
W tym miejscu chciałabym zwrócić uwagę, że na ciastka należy zerkać ;P U mnie piekły się dokładnie tyle ile sugerują w przepisie i to chyba jednak nieco za długo. Wg mnie powinny piec się ok 16-18 minut, nie dłużej ;P Moje ciastka wyszły lekko zbyt przypieczone i dzięki temu może mniej estetyczne, jednak w smaku na szczęście wyśmienite :) Następnym razem postaram się aby były równie piękne co smaczne :)

18:23, miekkie.kapcie , Kulinarnie
Link Komentarze (8) »
czwartek, 03 marca 2011
Tłusty Czwartek.. czyli produkcja faworków

.. a wiadomo, że jak Tłusty Czwartek to koniecznie pączki, faworki, oponki i cała reszta bezkarnych kalorii ;) Z tej też okazji postanowiłam dziś zrobić faworki właśnie. Oczywiście po raz pierwszy ;P Bo w tamtym roku o ile mnie pamięć nie myli robiłam oponki serowe..
Przepis na faworki wzięłam stąd.
A tu w skrócie moja produkcja :)
1. Jest ciasto..

2. Wałkowanie i krojenie w paski..

3. Zawijanie - zupełnie jak kiedyś u babci :)

4. Smażenie..

5. No i właściwie... to pozostał jeszcze cukier puder do posypania i można zajadać :)

Tak naprawdę to nie mogę powiedzieć, że jestem nimi zachwycona.. tzn zachwycona jestem smakiem i ciastem, które wyszło idealnej konsystencji.. Natomiast jako, że to moje pierwsze samodzielne faworki to wiadomo, że bez "wpadek" się nie obeszło.. ;) Po pierwsze ciasto rozwałkowywałam zbyt grubo - co na zdjęciach pewnie widać ;P Przez to usmażone już faworki wcale nie były tak cudnie chrupiące jak być powinny.. Po drugie zdaniem Lubego, zawijaski byly zbyt krótkie (co w trakcie poprawiłam, więc tego na zdjęciach już raczej nie widać) ;P ..
Na szczęście na razie zrobiłam tylko z połowy porcji, a druga połowa wciąż leży w lodówce :) W związku z tym mam szansę jeszcze się poprawić z tymi faworkami :D Luby obiecał, że będzie zajmował się tą najtrudniejszą częścią całego przedsięwzięcia czyli wałkowaniem... żeby mega cieniutko było :) Bo ja chyba za słaba w rękach jestem :P Produkcja zaplanowana jest na jutro.. :)
A tymczasem, kto odważny, częstuje się tymi co już zrobione ;P :D

17:50, miekkie.kapcie , Kulinarnie
Link Komentarze (4) »
czwartek, 20 stycznia 2011
Szybkie ciacho i nieudana galaretka..

Niedawno popełniłam nowe, nieskomplikowane ciacho, które to nazwałam "12 łyżek" ;) Nazwa wzięła się stąd, że większość składników odmierza się właśnie po 12 łyżek. Ciasto to robi się szybko łatwo i przyjemnie i jest idealne w sytuacji kiedy mamy niespodziewanych gości ;) Przepis dostałam od mojej Madzi i szybko postanowiłam go wypróbować. No i wyszło rzeczywiście super :)

I jak zawsze - najpierw przed pieczeniem:

I po upieczeniu:

Pysznie wyszło. Pyszniej nawet niż się spodziewałam. I jak tak siedziałam w kuchni i czekałam aż ciacho się upiecze to wymyśliłam, że zrobię coś jeszcze.. Padło na owocową galaretkę :) Zwykle robię ją w pucharkach i dodaję mrożone lub świeże owoce, ale tym razem chciałam spróbować czegoś nowego.. No i przygotowałam sobie silikonowe foremki, takie których zwykle używam do mrożenia kostek lodu

Galaretkę rozpuściłam, ostudziłam..

... wlałam do foremek, wstawiłam do lodówki.. i czekałam aż stężeje :) Ale kiedy już stężała to okazało się, że albo ja mam za mało doświadczenia z galaretką albo po prostu te foremki to był idiotyczny pomysł :/ Miało być pięknie, we wzorki.. serduszka, jabłuszka i te inne.. a wyszło jak zwykle, że przekombinowałam :/ Galaretka za nic w świecie nie chciała ładnie z foremek wychodzić.. a jak już sposobem, podważając ją i lekko podgrzewając spod spodu jakoś ją wyjęłam to zamiast wzorków wyszly jakieś paćki zwykłe.. Ani ładne ani zachęcające. W pucharku wyglądające co najmniej tak sobie. I już nawet ozdabiać mi się nie chciało..

Potem kombinowałam jeszcze z mrożeniem i próbowałam wyjmować takie lekko zmrożone kostki (nie wiem czemu ubzdurałam sobie, że tak będzie łatwiej mi ich nie naruszyć podczas wyjmowania) ale to też kicha.. takie zmrożone to jeszcze bardziej się rozwalały i jeszcze gorzej wyglądały. Koniec końców wkurzyłam się i wszystko wylądowało w koszu na śmieci :P No i jedno wiem już na pewno jeśli chodzi o galaretkę - że ta tradycyjnie przygotowana w pucharkach jest najlepsza i koniec ;P

A taki dzisiaj miałam widok z okna :)

 

18:18, miekkie.kapcie , Kulinarnie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 stycznia 2011
Bułeczki maślane z truskawką ;)

Dziś wstałam wcześniej niż zwykle. Krzątałam się po domu, krzątałam.. aż w końcu sięgnęłam po książkę z przepisami i zaczęłam przeglądać.. Hmm, a może by coś upiec? - pomyślałam ;P No i zaczęłam wertować strony z przepisami na wypieki.. ale nie żadne ciasta czy ciasteczka bo tych mamy z Lubym przesyt jeszcze od świąt... bułeeczek nam się zachciało :D Takich świeżutkich, na śniadanko.. No i znalazłam, maślane bułeczki z dżemem lub z jagodami :) Mrożone jagody skończyły mi się już jakiś czas temu więc pozostał dżem.. Wszystkie składniki akurat miałam (uff, nie trzeba było tak rano biegać do sklepu) więc szybciutko zabrałam się za robotę..

Najpierw ciasto..

Ciasto poszło gładko, dla zainteresowanych podaję składniki:

- 100g cukru pudru

- 500g mąki

- 50g drożdży

- 250ml mleka

- 1 jajo

- 2 żółtka

- 50-80g tłuszczu (margaryna lub masło)

- cukier wanilinowy

- sół do smaku

Wszystko razem wymieszać i z powstałego ciasta formować bułeczki, które następnie nadziewać "czympopadnie" :) Ja zamierzałam nadziać je dżemem.. poczyniłam nawet kilka prób ale nic z tego.. bez odpowiedniego sprzętu do nadziewania nie dało rady :/ Szybko zrezygnowałam z dżemu i przeszłam na mrożone truskawki, z którymi poszło bez problemu :) Nadziane truskawami bułeczki przed posmarowaniem jajkiem:

I już posmarowane:

Tutaj już w piekarniku (najpierw 10 min w temp. 100' a potem 20-25 min w temp. 180-200'):

Gdy bułeczki zaczęły rosnąć i się rumienić zaczęły też pękać :/ Truskawki zaczęły wypływać a ja tylko wzdychałam ze zmartwieniem, że niezły pasztet mi się robi w tym piekarniku.. a tak pięknie miało być.. rumiano i estetycznie :P No nie wyglądało to najlepiej.. taka trochę hmm, truskawkowa rzeź :P

Ale niepotrzebnie się martwiłam bo po upieczeniu kiedy bułeczki ostygły i kiedy ułożyłam je ładnie na talerzu, nie wyglądały już tak strasznie :)

A nawet jeśli można było się dopatrzeć jakichś niewielkich wizualnych niedoskonałości, to zapach, jaki się unosił w kuchni po ich upieczeniu, wszystko to rekompensował z nawiązką :) No i w smaku - pyszotka :)

Dziś też zrobiłam porządki w przydasiowej półce - od jutra zabieram się za hafcenie zakładki do książkowej wymianki.

20:17, miekkie.kapcie , Kulinarnie
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Anna Nowak | Utwórz swoją wizytówkę